środa, 4 listopada 2009

Time has got nothing to do with it

Zaczęło się od audycji Tomasza Beksińskiego, "Muzycznej poczty UKF", w której jesienią 1991 r. puszczał po kawałku dyskografię Murphy'ego. Że akurat Trójka przeszła na nadawanie stereo, zabrałam się do nagrywania. Wkrótce dysponowałam fragmentem "Should the world fail to fall apart" i całą płytą "Love hysteria", którą w kółko katowałam (wróciłam do niej wiosną 2002 r.). Od tej pory kojarzy mi się z ostatnią jesienią w podstawówce i różnymi historiami z tamtego czasu. Potem był marzec 1992 r. i płyta "Holy smoke" - prywatnie kojarząca mi się z początkiem wakacji, kiedy dostałam się do liceum, z imprezą pożegnalną naszej klasy, z plażowaniem nad jednym z naszych jezior. Wakacje, kiedy podczas wizyty u siostry (wówczas w ciąży z pierwszą córką), przegrałam sobie z wypożyczalni także płytę "Deep", nadrabiając zaległości. Potem studia i "Cascade", która towarzyszyła mi wiosną 1997 r. i ostatnia płyta, "Unshattered", towarzysząca mi przy przeprowadzce do wynajętej samodzielnie kawalerki trzy lata temu. Tak naprawdę mnóstwo historii i wspomnień, stojących za ulubionymi piosenkami.

Każda znajoma nuta podczas koncertu przywoływała wzruszenia. Nie tylko moich, ludzie, którzy stali naokoło mnie, też słuchali muzyki, czasem kiwali się w jej rytm, uśmiechnięci ni to do Petera, ni to do siebie. Fala wzruszenia przy "I'll fall with your knife", jednej z najpiękniejszych piosenek miłosnych, ale też radość ze znanych "Marlene Dietrich's Favourite Poem", "Deep ocean vast sea" czy "A strange kind of love", która pojawiła się w bisach i płynnie przeszła w "Bela Lugosi's Dead". Taneczne szaleństwo przy "She's in parties" z repertuaru Bauhausu, transowe kiwanie się przy "Transmission" - coverze Joy Division. Do tego nieznane nagrania, być może z nowej płyty, jeśli tak, zapowiada się lepiej niż ostatnia. Aha, i jako support wystąpiła dziewczyna wykonująca muzykę elektroniczną, mająca ciekawy głos, chętnie dowiedziałabym się więcej na jej temat, ale nie wiem, kto to jest. Poczekam na oficjalne recenzje.

Nietypowa publiczność, bo przedstawiciele trzech generacji - pokoleń lat 60., 70. i 80. Zapamiętałam młodego mężczyznę w garniturze, który przyszedł chyba prosto z pracy. Zmysłową blondynkę bawiącą się z chłopakiem na całego. Wysoką szczupłą dziewczynę z półdługimi włosami, ubraną na czarno i umalowaną czarną szminką. Dziewczyny noszące się z biznesową elegancją. Długowłosi ludzie obydwu płci w glanach/martensach, dżinsach i luźnych swetrach. Wrażenie kompletnej niejednorodności, trudno o wspólny mianownik - poza tym, że była nim sama muzyka.

niedziela, 1 listopada 2009

Drobne kroczki

Spotkanie z dentystą chirurgiem, chociaż wyłączyło mnie na parę wieczorów z normalnego życia, przyczyniło się do przeczytania kilku lektur. Chylę czoło przede wszystkim przed A. Stasiukiem i jego najnowszą powieścią, "Taksim". Stasiuk połączył to, co najlepsze w jego książkach podróżniczych, z surowym, męskim punktem widzenia, znanym z jego najwcześniejszych powieści. Jego bohater nie wgłębia się w swoje stany emocjonalne, a po prostu rejestruje wszystko to, co jest. Równocześnie posiada dar spostrzegania detali. Mistrzowska mieszanka. Teraz z kolei "Hakawati mistrz opowieści" Rabiha Alameddine. Coś dla tych wszystkich, którym podobały się "Baśnie z tysiąca i jednej nocy". Potem reszta ze sterty bibliotecznej.

W końcu doszłam do siebie i mogę powoli realizować kolejne chwilowo odłożone na bok działania. Kupiłam dysk zewnętrzny, zrobiłam porządki na laptopie, wreszcie mogę normalnie pracować. Zredagowałam i wysłałam koledze naukowcowi mój rozdział książki. Wypełniłam dokumenty dotyczące kolejnego szkolenia. Zajęłam się konkursem na moim blogu zawodowym. A, i w innym konkursie sama wygrałam trzy branżowe książki. W planie dalsze prace nad doktoratem i szkoleniem. Powoli, metodą drobnych kroczków, chociaż aura i jesienne smutki nie skłaniają do jakiejkolwiek pracy.

Wszystkich Świętych. Można poznać po tym, że znad pobliskiego cmentarza wiatr niesie intensywny swąd spalenizny. Jeśli dobrze wyjrzeć przez okno dużego pokoju, to można zauważyć czerwonawą łunę nad biurowcem, który od tej strony zasłania cmentarz, i pojedyncze czerwone światełka między drzewami po prawej stronie budynku. Czeka mnie jeszcze wieczorna wyprawa do kościoła, obok cmentarza właśnie, wśród stoisk handlarzy oferujących lampki, kwiaty i obowiązkową pańską skórkę. A w pracy się dziwili, że wszystkich wiernych zmarłych wspomina się jutro, a nie dzisiaj. Pokazałam lokalną OPstronę i wyprowadziłam towarzystwo z błędu.

wtorek, 27 października 2009

Dobrymi chęciami... wiadomo

Jestem przeciwna weselom także z tego powodu, że skądinąd normalni, fajni ludzie dostają nagle małpiego rozumu. Długotrwała i nieco nużąca impreza (no bo ile można siedzieć i jeść albo tańczyć?), alkohol, a także jarmarczno-romantyczna otoczka powoduje, że uruchamia się syndrom Dyrektora Sejlsmena (czyli swatania wszystkich ze wszystkimi). Mamy na weselu jakiegoś niesparowanego delikwenta/delikwentkę? Mamy wśród koleżanek/kolegów jakąś singielkę/jakiegoś singla? No to do boju Polsko, do boju!

Miesiąc temu wychodzę z niedzielnej mszy, a tu na telefonie kilka nieodebranych połączeń od koleżanki, której nie słyszałam już parę miesięcy. Oddzwaniam.

A bo wiesz, bo byliśmy z mężem na weselu, i był taki chłopak z Niemiec, naukowiec, ale zafascynowany religią. Cały wieczór zachwycał się dziełami papieża Benedykta XVI i zupełnie nie zauważał, że się nudzimy, ale wiesz, pomyślałam, że mogę was ze sobą skontaktować, dać mu do Ciebie namiary, a Tobie do niego...

Ostatnia niedziela. Siedzę na szkoleniu, telefon ściszony. Znowu ktoś się tłucze. Koleżanka, taka jeszcze z piaskownicy. Odpisuję, że nie mogę gadać, jestem na szkoleniu. Dzwoni do mnie, bo zapominam oddzwonić.
A pamiętasz tego kolegę mojego taty, o którym Ci opowiadałam? No ten, w naszym wieku, co się astronomią interesuje i samochodami. Ja go bliżej nie znam, ale podobno jest sympatyczny. No bo wiesz, moglibyśmy was wymienić numerami telefonów, to się już zdzwonicie i zgadacie...

Ja wiem, że ludzie chcą dobrze dla innych i mają dobre intencje. Ale dla mnie sytuacja jest wyjątkowo niekomfortowa i czuję się w niej po prostu głupio, bo niby po co mam dzwonić do kogoś, kogo zupełnie nie znam? Rozumiem, że ktoś ma jakiegoś znajomego, zna go od lat, wpada na pomysł, aby wspólnie ze mną wyciągnąć nas na piwo, albo przedstawia nas sobie na imprezie. Wtedy rozmowa toczy się naturalnie, na żywo, ja nie mam jakichkolwiek obiekcji; po prostu lubię poznawać nowych ludzi i lubię z nimi rozmawiać (a co z tego wyjdzie, to już życie pokaże).

Ale bardzo nie lubię, kiedy ktoś próbuje mnie na siłę uszczęśliwiać.

niedziela, 25 października 2009

Ałaaa

Ósemka skutecznie wyłączyła mnie z życia, także ze szkolenia. Ludzie szybko zorientowali się, że coś jest nie tak, że z jakiegoś powodu wycofuję się i zapadam w siebie. Ząb dawał do wiwatu równo. W końcu stwierdziłam, że skoro w ciągu dnia z kawałkiem poprawa nie następuje i zadzwoniłam do naszej fabrycznej ubezpieczalni. Cud, że w przychodni mieli miejsce następnego dnia i to u tego chirurga, u którego byłam ostatnio.

Kolejny dzień jakoś dociągnęłam na prochach i przed szesnastą wyszłam ze szkolenia (przez co ominęła mnie najważniejsza jego część). W przychodni było już bardzo źle, trzymałam się za paszczękę i wiłam się na krześle, czekając w poczekalni na wezwanie do gabinetu. I nagle za plecami usłyszałam dziwnie znajomy głos osoby wchodzącej do środka i pozdrawiającej recepcjonistki. Nieee, to znowu on! Nie wiedziałam, czy płakać dalej z bólu, czy się śmiać, czy się sfajczyć, czy zacząć zegarek nakręcać. Ten sam kościół, teraz jeszcze ta sama przychodnia... aż strach teraz otworzyć lodówkę ;-> I ja naprawdę nie jestem OZI Pudelka czy innego pudlopodobnego portalu. Bo niby skąd miałam wiedzieć, że narzeczona pana o tej godzinie będzie kończyła swoją wizytę u dentysty właśnie w tej przychodni i pan przyjdzie ją odebrać?

Przez ten, bądź co bądź zabawny, zbieg okoliczności, łatwiej przeżyłam jakoś całą niezbyt przyjemną procedurę. Zastanawiałam się tylko, co chirurg robi z wyrwanymi zębami? (widziałam, że miał specjalne wiadro) Rzecz jasna, gdy to opowiadałam na szkoleniu, powstały różne śmieszne żarty, co można potem z robić z wyrwanymi zębami. Tak w ogóle, fajne było poczuć duże wsparcie i zainteresowanie ze strony grupy szkoleniowej. Póki co, owal mojej twarzy z jednej strony najwyraźniej dąży do kwadratu, na szafce kuchennej leży pokaźny zbiór piguł wszelakich, a ja sama snuję się po domu niczym ospały niedźwiedź. Ale, jak powiedział chirurg, teraz ból jest już związany tylko z uzdrowieniem.

piątek, 23 października 2009

Peter Murphy

Ten rok to jest rok spełniania się muzycznych marzeń. Były już Siostry, teraz na koncert przyjedzie Peter Murphy. Wtorek, 3 listopada, niestety w Stodole (kiepskie nagłośnienie, dym i zaduch, kiepskie piwo). Bilet już mam.


Jak dla mnie to najlepsza piosenka o miłości, już od wielu wielu lat.

czwartek, 22 października 2009

Szkolenie...

...podoba mi się bardzo. Na razie mamy trening interpersonalny, czyli takie dość swobodne ćwiczenia, pokazujące nasze relacje z innymi i nasze podejście do samych siebie. Ciekawi ludzie są w mojej grupie - niebanalni, otwarci, chcący się rozwijać, o różnorodnych zainteresowaniach, mądrzy życiowo. O sobie też dużo się dowiedziałam. Ale żeby nie było tak super, ósemka, który miała być wyrwana za dwa tygodnie, od paru dni jest bardzo aktywna, więc spotkanie z chirurgiem niestety już jutro. Do tego niedobre wieści od koleżanki. Ostatnio też wzmożona tendencja introwertywna, do wycofywania się w głąb siebie i skupiania się tylko na moim małym światku. W pracy zaszywam się w swoim własnym kącie i skupiam się wyłącznie na pracy, metodycznie robię swoje. Wieczory raczej domowe niż towarzyskie, robię sobie herbatę przykrywam się czymś ciepłym, i nadrabiam kolejne czytelnicze zaległości. I przyznam się szczerze, że nawet lubię ten stan.

środa, 21 października 2009

O emocjach - część 2

To jest coś, co znalazłam w książce Pii Mellody "Toksyczne związki" i czym też chciałabym się podzielić, bo stworzyło mi temat do rozmyślań na całe dwa tygodnie. Mellody napisała, że żeby dobrze rozpoznawać własne emocje, trzeba też wiedzieć, że mogą one pochodzić z jednego z czterech obszarów:
1. Uczucia dorosłe - dojrzała, autentyczna reakcja na myślenie. Ich źródłem jest to, co jest w nas dorosłe. Dają poczucie skupienia się na sobie.
2. Uczucia wzbudzone - są skutkiem empatii, wczucia się w stany emocjonalne innej osoby. Każdy z nas to potrafi i wtedy czuje cudze uczucia w sposób umiarkowany. Problematyczne jest jednak przejmowanie zbyt silnej dawki cudzych uczuć, od osoby która odczuwa coś bardzo intensywnie, zaprzecza swoim uczuciom albo lekceważy swoje uczucia. Te uczucia są bardzo silne, działają przytłaczająco, wywołują wrażenie, że coś z nami jest nie w porządku, wydają się dziwaczne, ponieważ nie są nasze własne. która zaczyna działać przytłaczająco. Często zdarza się to osobom, które wewnętrzne granice nie istnieją, albo są uszkodzone. Mi się przypomina jedna taka sytuacja, w której bardzo silnie odczuwałam to, co odczuwała inna osoba w moim otoczeniu i tak notowałam swoje wrażenia: "skąd to się wzięło?", "czuję uczucia, które nie są moje" "mam ochotę bić głową w ściany", "to się nie dzieje naprawdę". Gdy to wszystko spisałam, a potem porównałam z relacją tamtej osoby, wyszły dwa identyczne teksty...
3. Uczucia zamrożone - to są wszystkie te emocje, których nie mogliśmy z jakichś względów wyrazić i przeżyć w dzieciństwie, zazwyczaj złość, ból, strach, smutek. Kiedy zaczynają się rozpuszczać, czujemy się jak bezbronne, podatne na wszelkie zranienia dziecko. Wydają nam się bardzo dawne i pragniemy je powstrzymać, ponieważ towarzyszy im pochodzące z dzieciństwa ostrzeżenie "nie mogę tego czuć, bo umrę, jeśli będę to czuł". Na przykład mogą to być długo tłumione uczucia smutku związane z trudnymi sytuacjami, jakie wydarzyły się w rodzinie i które to uczucia nagle zaczynają znajdować ujście.
4. Uczucia przenoszone z dorosłego na dziecko - dzieci przejmują od dorosłych, którzy ich poniżają, także wstyd, wściekłość, strach i ból, i potem te uczucia, głęboko ukryte, przenoszą w wiek dojrzały. Ich odczuwanie wiąże się z poczuciem zdruzgotania i brakiem kontroli nad sobą. Czyli na przykład, jeśli ktoś "sprzedał" ci swój lęk przed porzuceniem, każda sytuacja oddalania się partnera będzie powodowała falę trudnego do opanowania lęku.

Nagle

Mój dawny wychowawca z podstawówki zginął dzisiaj w wypadku. Podobno odbierał samochód z naprawy, ruszył nim, aby sprawdzić, czy wszystko działa, i wjechał w autobus. Mimo wszystko jest mi przykro. Mimo wszystko - bo nie potrafię sobie przypomnieć nic dobrego z nim związanego. Przykro - bo dopóki ktoś żyje, zawsze ma jeszcze szansę pojednać się z Bogiem, ze sobą samym, z innymi ludźmi, wyprostować swoje życie.
Dopóki żyje.

wtorek, 20 października 2009

Walka z sennością, czasem też z głodem

Seminarium firmy sprzedającej oprogramowanie do analiz statystycznych - ogromne, kilkaset ludzi na jednej sali. Jednak gdzie nie pójdziesz, znajome twarze: spotykam kolegę naukowca i pogląd na oprogramowanie statystyczne dzięki niemu coraz bardziej mi się wyrabia. Druga kawa w ciągu dnia nie pomaga, cały czas walczę z sennością, a w porze obiadowej, także głodem (żołądek już się przyzwyczaił, że około drugiej przyjeżdża katering fabryczny). Na szczęście mam tyle czasu, żeby jeszcze zajechać do domu i zrobić sobie dobry domowy obiad (makaron z sosem pesto, orzechami włoskimi i parmezanem). Potem walczę już tylko z sennością, a wyczerpujące zajęcia na basenie dodatkowo pozbawiają mnie siły. Miałam skończyć zaległe prasowanie, umyć wannę, ale nie mam siły. Za to przygotowałam recenzję książki Gladwella na moją stronę zawodową, po niemal godzinnym zastanawianiu się i nanoszeniu poprawek. Aha, i tak podziwiałam czwartkowy wykład padre Wojciecha, że skutkiem będzie artykuł na bazie tego wykładu w pewnym zaprzyjaźnionym czasopiśmie ;-) Deszcz znowu pada, krople miarowo stukoczą w szybę sypialni. No to dalej, kocyk i jakaś miła lektura.

poniedziałek, 19 października 2009

O emocjach - część 1

Dużym zaskoczeniem dla mnie było odkrycie, że właściwie to mam prawo do wszystkich uczuć, jakie czuję. Zawsze uczono mnie, że są uczucia pozytywne i negatywne i tych negatywnych po prostu nie wypada czuć (a co dopiero wyrażać). A guzik prawda. Najlepiej po prostu pozwalać sobie na czucie i na świadomość tego czucia, dlaczego właściwie to się dzieje (ale też na niewiedzę, jeśli nie wiemy, dlaczego), czy coś mi to przypomina, czy też nie, na spokojne zastanowienie się. Wyrazić własne emocje, ale tak, aby nie poniżyć przy tym innych ludzi.

Trudno o tym w zabieganiu, kiedy często wrzeszczymy na siebie i kłócimy się, jak jeden z moich kolegów, u którego wywoływanie awantur oznacza zawsze to, że sam jest pod wpływem silnego lęku. Zabieganie może być też zresztą metodą, aby nie czuć czegokolwiek, aby nie musieć przebywać ze sobą i z własnymi uczuciami. Sama uwielbiałam się obkładać obowiązkami ponad miarę, aby tylko odsunąć od siebie to, co czułam w związku z różnymi trudnymi sytuacjami. Potem nauczyłam się to po prostu przyjmować, dawać sobie czas na spokojne posiedzenie w domu, czy długi samotny spacer i dialog ze sobą samą w myślach. Łatwo nie było.

Następnym paradoksem było dla mnie to, że każde uczucie, nawet nieprzyjemne, po coś jest. Strach w różnych formach ma nam pozwolić przewidzieć możliwe zagrożenia. Smutek jest po to, aby oswoić się z utratą czegoś lub kogoś. Złość pojawia się w sytuacjach, gdy na naszej drodze nieoczekiwanie leży zawalidroga lub ktoś wlazł na nasze terytorium (dosłownie lub w przenośni) i ma nas zmobilizować do walki. Ból to bodziec do wzrastania, dojrzewania w obliczu trudności. Radość daje poczucie euforii, przenoszenia gór, ale może też zaślepiać na potencjalne niedociągnięcia. Poczucie winy ostrzega, że naruszyliśmy jakąś ważną dla nas wartość. Wstyd daje poczucie pokory, przypomina nam, że jesteśmy omylni i musimy uczyć się odpowiedzialności. Umiejętność rozpoznawania własnych emocji daje nam też zarazem możliwość rozpoznawania emocji innych lub przynajmniej próby ich zrozumienia - co pozwala lepiej zrozumieć tę drugą osobę i nawiązać z nią bliski kontakt.

Kolejnym ważnym odkryciem było to, że mówiąc otwarcie o sobie powodowałam to, że inni też zaczynali być w stosunku do mnie otwarci, odkrywali się. To nie była oczywiście jednorazowa akcja, a raczej długi czas spędzony razem, na rozmowach i wspólnym działaniu. Tak rodziły się wszystkie moje najsilniejsze i najważniejsze przyjaźnie. Potrzebowały czasu, szczerych rozmów i wspólnego przebywania. Jeszcze jednym odkryciem było to, że w sumie nie jestem tak różna od innych ludzi, jak mi się z początku wydawało, że w każdy doświadczył przynajmniej jednej podobnej sytuacji, że rozpoznaję siebie w przeżyciach innych ludzi a oni rozpoznają się w moich. Że też gnębią ich lęki, niepewność własnej wartości czy obawa przed opinią innych w sytuacji, gdy trzeba chronić siebie i swojego terytorium.

Ale jedno ważne zastrzeżenie. Samo poleganie na emocjach może nas po prostu zgubić, wpędzić w jakąś zupełnie bezsensowną sytuację. Potrzebna jest współpraca ze strony rozumu, aby móc uświadomić sobie to, co czujemy, aby móc to wyrazić w sposób bezpieczny dla innych, aby podejmować dobre decyzje. Jedno bez drugiego - i rozum bez wczucia się w nasze wnętrze, i emocje bez światła rozumu - może nas wypuścić na niezłe manowce.