Podczas jednej z dyskusji na gadu Jarema zadał mi pytanie: co was, kobiety, pociąga w Piotrusiach Panach? Postanowiłam się nad tym zastanowić. Definicję samego zjawiska podał Jarema. Piotrusia Pana, innymi słowy chłopczyka, a jeszcze innymi szuwarka, można rozpoznać po cechach następujących:
1. Chłopczyk chce różnych "okołozwiązkowych" przyjemności, takich jak seks, przytulanie, miłe słowa, wsparcie, podziw, docenienie, komplementy, czułości - a z drugiej strony sam w związek angażować się nie chce;
2. Chłopczyk pojawia się i znika wtedy, kiedy chce - stąd nierzadko nie ma go właśnie wtedy, kiedy kobieta szczególnie go potrzebuje;
3. Chłopczyk nie chce przyjmować odpowiedzialności i konsekwencji swojego zachowania;
4. Jeżeli chłopczyk nie dostanie swojej porcji komplementów lub innych miłych słów, wycofuje się lub staje się agresywny;
5. Chłopczyk unika rozmów na jakiekolwiek poważniejsze tematy i otwierania się;
6. Chłopczyk kłamie, gdy coś nabroi;
7. Kobieta dla chłopczyka jest po pierwsze przytulanką, po drugie trofeum, po trzecie - wsparciem;
8. Chłopczyk bywa przywiązany do swojej mamusi, nic dziwnego więc, że szuka w kobiecie drugiej mamusi;
9. Chłopczyk budzi nierzadko uczucia opiekuńcze; bywa zabawny i uroczy;
10. Chłopczyk nie ma jasno sprecyzowanej misji i celu w życiu;
11. Chłopczyk bardzo często wybiera drogi, nie wymagające walki i niestawiające oporu - łatwe studia, pornografia zamiast zdobywania kobiety, czaty internetowe zamiast znajomości oko w oko, komputer i telewizor zamiast pasji, która wymagałaby wyjścia na zewnątrz (mniej lub bardziej metaforycznego), pracoholizm zamiast przemyślanego poukładania i ukształtowania drogi zawodowej, hałas zamiast ciszy, brnięcie w kłamstwo zamiast stanięcia w prawdzie, czekanie, aż decyzja sama się podejmie zamiast jej podjęcia etc.
Co nas pociąga? Bo z początku nie wiemy, że to jest właśnie Piotruś Pan. Dopiero poznajemy, czasami już od początku jesteśmy zafascynowane, co utrudnia realną ocenę sytuacji i każe bagatelizować niepokojące sygnały. Takie, że na przykład mama dorosłemu synowi pakuje komplet dokumentów, które musi mieć przy sobie jadąc samochodem, albo biega za nim z talerzem kanapek. Wszystko z początku wydaje się toczyć normalnie: obie strony tak samo zainteresowane relacją i tyle wysiłku w nią wkładające.
W zdrowych relacjach jest tak, że dawanie rodzi otrzymywanie, im więcej z siebie dajesz, tym więcej otrzymujesz. W niezdrowych - jedna strona coraz więcej daje, druga w którymś momencie dawać przestaje i nastawia się tylko na branie. Gdyby choć na chwilę ją odciąć od tego życiodajnego akumulatora, próbuje przywrócić ten stan (ale - uwaga - jak najmniejszym wysiłkiem). Zazwyczaj jeszcze się na to nabieramy. Gdy sytuacja nabiera cech powtarzalności, i gdy dostrzegamy, że w samej relacji nic się nie zmienia (szczerość nie rodzi szczerości, otwartość nie rodzi otwartości, uprzejmość nie rodzi uprzejmości), wiemy już, że coś jest nie tak. Kolejna powtórka jest momentem krytycznym, zazwyczaj jest to moment, w którym decydujemy się odciąć i wycofać, aby chronić nasze ja, naszą energię, nasze zasoby. Nie ufamy już próbom tej drugiej strony powrotu do dawnego stanu, zwłaszcza, że są one mizerne, że to nie jest prawdziwa walka o relację. Akumulator zostaje wyłączony. Pan idzie szukać kolejnej ofiary. My zostajemy z poczuciem winy - "a może coś nie tak zrobiłam?", "a może za słabo się starałam?", a także gniewu i żalu - "jak on tak mógł?".
Więc co nas pociąga w Piotrusiach Panach? Sam rozwój tego typu relacji, to charakterystyczne falowanie pozornej bliskości przeplatanej odrzuceniem. Ponadto Piotruś Pan jest fascynujący, bo jest tajemniczy (nie opowiada zbyt dużo o sobie), jest inteligentny i ma poczucie humoru (kto tego nie ceni?), oczekuje czułości (a my lubimy ją dawać), oczekuje również opieki (a my lubimy się przecież opiekować, zwłaszcza, gdy on taki biedny, samotny, nieszczęśliwy, nieporadny, miał trudne dzieciństwo, etc.). Mieszanka tych cech działa wręcz piorunująco. Tyle, że Piotruś Pan nie nadaje się na partnera życiowego. Choćby dlatego nie zaopiekuje się nami, kiedy to my będziemy tego potrzebowały - bo tylko on jest tą stroną, która oczekuje od nas opieki. Do opiekowania się kimś jeszcze nie dorósł, tak samo, jak i do innych okołozwiązkowych zadań. I nie wiadomo, czy kiedykolwiek to zrobi.




