czwartek, 2 lipiec 2009

Co nas pociąga w Piotrusiach Panach?

Podczas jednej z dyskusji na gadu Jarema zadał mi pytanie: co was, kobiety, pociąga w Piotrusiach Panach? Postanowiłam się nad tym zastanowić. Definicję samego zjawiska podał Jarema. Piotrusia Pana, innymi słowy chłopczyka, a jeszcze innymi szuwarka, można rozpoznać po cechach następujących:

1. Chłopczyk chce różnych "okołozwiązkowych" przyjemności, takich jak seks, przytulanie, miłe słowa, wsparcie, podziw, docenienie, komplementy, czułości - a z drugiej strony sam w związek angażować się nie chce;
2. Chłopczyk pojawia się i znika wtedy, kiedy chce - stąd nierzadko nie ma go właśnie wtedy, kiedy kobieta szczególnie go potrzebuje;
3. Chłopczyk nie chce przyjmować odpowiedzialności i konsekwencji swojego zachowania;
4. Jeżeli chłopczyk nie dostanie swojej porcji komplementów lub innych miłych słów, wycofuje się lub staje się agresywny;
5. Chłopczyk unika rozmów na jakiekolwiek poważniejsze tematy i otwierania się;
6. Chłopczyk kłamie, gdy coś nabroi;
7. Kobieta dla chłopczyka jest po pierwsze przytulanką, po drugie trofeum, po trzecie - wsparciem;
8. Chłopczyk bywa przywiązany do swojej mamusi, nic dziwnego więc, że szuka w kobiecie drugiej mamusi;
9. Chłopczyk budzi nierzadko uczucia opiekuńcze; bywa zabawny i uroczy;
10. Chłopczyk nie ma jasno sprecyzowanej misji i celu w życiu;
11. Chłopczyk bardzo często wybiera drogi, nie wymagające walki i niestawiające oporu - łatwe studia, pornografia zamiast zdobywania kobiety, czaty internetowe zamiast znajomości oko w oko, komputer i telewizor zamiast pasji, która wymagałaby wyjścia na zewnątrz (mniej lub bardziej metaforycznego), pracoholizm zamiast przemyślanego poukładania i ukształtowania drogi zawodowej, hałas zamiast ciszy, brnięcie w kłamstwo zamiast stanięcia w prawdzie, czekanie, aż decyzja sama się podejmie zamiast jej podjęcia etc.

Co nas pociąga? Bo z początku nie wiemy, że to jest właśnie Piotruś Pan. Dopiero poznajemy, czasami już od początku jesteśmy zafascynowane, co utrudnia realną ocenę sytuacji i każe bagatelizować niepokojące sygnały. Takie, że na przykład mama dorosłemu synowi pakuje komplet dokumentów, które musi mieć przy sobie jadąc samochodem, albo biega za nim z talerzem kanapek. Wszystko z początku wydaje się toczyć normalnie: obie strony tak samo zainteresowane relacją i tyle wysiłku w nią wkładające.

W zdrowych relacjach jest tak, że dawanie rodzi otrzymywanie, im więcej z siebie dajesz, tym więcej otrzymujesz. W niezdrowych - jedna strona coraz więcej daje, druga w którymś momencie dawać przestaje i nastawia się tylko na branie. Gdyby choć na chwilę ją odciąć od tego życiodajnego akumulatora, próbuje przywrócić ten stan (ale - uwaga - jak najmniejszym wysiłkiem). Zazwyczaj jeszcze się na to nabieramy. Gdy sytuacja nabiera cech powtarzalności, i gdy dostrzegamy, że w samej relacji nic się nie zmienia (szczerość nie rodzi szczerości, otwartość nie rodzi otwartości, uprzejmość nie rodzi uprzejmości), wiemy już, że coś jest nie tak. Kolejna powtórka jest momentem krytycznym, zazwyczaj jest to moment, w którym decydujemy się odciąć i wycofać, aby chronić nasze ja, naszą energię, nasze zasoby. Nie ufamy już próbom tej drugiej strony powrotu do dawnego stanu, zwłaszcza, że są one mizerne, że to nie jest prawdziwa walka o relację. Akumulator zostaje wyłączony. Pan idzie szukać kolejnej ofiary. My zostajemy z poczuciem winy - "a może coś nie tak zrobiłam?", "a może za słabo się starałam?", a także gniewu i żalu - "jak on tak mógł?".

Więc co nas pociąga w Piotrusiach Panach? Sam rozwój tego typu relacji, to charakterystyczne falowanie pozornej bliskości przeplatanej odrzuceniem. Ponadto Piotruś Pan jest fascynujący, bo jest tajemniczy (nie opowiada zbyt dużo o sobie), jest inteligentny i ma poczucie humoru (kto tego nie ceni?), oczekuje czułości (a my lubimy ją dawać), oczekuje również opieki (a my lubimy się przecież opiekować, zwłaszcza, gdy on taki biedny, samotny, nieszczęśliwy, nieporadny, miał trudne dzieciństwo, etc.). Mieszanka tych cech działa wręcz piorunująco. Tyle, że Piotruś Pan nie nadaje się na partnera życiowego. Choćby dlatego nie zaopiekuje się nami, kiedy to my będziemy tego potrzebowały - bo tylko on jest tą stroną, która oczekuje od nas opieki. Do opiekowania się kimś jeszcze nie dorósł, tak samo, jak i do innych okołozwiązkowych zadań. I nie wiadomo, czy kiedykolwiek to zrobi.

środa, 1 lipiec 2009

Książki kobiece, biznesowe i dyskusyjne

Miało być o książkach, to będzie o książkach. Ostatnio kilka przeczytałam, a stosik na półkach przy oknie nieco schudł.

Po kolei. Marsha Mehran, "Woda różana i chleb na wodzie". Sympatyczna historia o trzech młodych Irankach, siostrach, które znajdują nową ojczyznę w małym irlandzkim miasteczku. Lekkie, łatwe, przyjemne, humorystyczne - w sam raz na odstresowanie się.

Isabel Allende, "Ines, pani mej duszy". Jak zawsze wartko tocząca się akcja, bohaterka w pogoni za mężczyzną swojego życia wyruszająca w podróż, miłość i romans, bitwy i potyczki, przygody i mrożące krew w żyłach sytuacje. Taki trochę Dumas dla kobiet. Źle, że Allende posługuje się tym samym schematem - zmienia dekoracje historyczne, ale nie zmienia konstrukcji swoich powieści. Fajnie, że pokazuje bohaterki w różnych momentach życia - a to szczęśliwie zakochane, a to rozpaczające po rozpadzie związku czy zdradzie. Jest blisko kobiecych doświadczeń - jej bohaterki często opiekują się innymi, czy urządzają przestrzeń życiową, podczas, gdy ich partnerzy realizują się w wojnach bądź dalekich podróżach. Do tego pięknie i subtelnie opisana erotyka - to się rzadko zdarza, na ogół literatura balansuje między wulgarnością a tandetą tanich romansów.

Miłosz Brzeziński, "Pracować i nie zwariować". Prawdę mówiąc, nie wiedziałam, że autor pojawia się z pogadankami na temat psychologii w Dzień Dobry TVN. Dopóki nie dostałam w prezencie książeczki, będącej zapisem kolejnych audycji. Książeczka, jak książeczka. Na pewno dobra dla tych, którym pogadanki się podobały i chcą przypomnieć sobie wszystko jeszcze raz. Jeśli ktoś interesuje się psychologią bardziej, może być dla niego za prosta i łatwa. Łatwa jest też dlatego, że Brzeziński jest moim rówieśnikiem, więc jakoś wiele więcej ode mnie nie odkrył i nie przeżył. Chociaż... Znalazłam wyjaśnienie jednego zjawiska, które parę lat temu mnie nurtowało. Robiłam kurs na prawo jazdy. Jeśli umawiałam się na lekcje w odstępie jednego dnia, praktycznie nie było postępów. Jeśli odstęp wynosił dwa-trzy dni, z lekcji na lekcję szło mi coraz lepiej. Mózg potrzebuje czasu, aby przyswoić sobie nową wiedzę, pisze Brzeziński, i okres, w którym wydaje się, że nie robimy postępów, to jest właśnie ten czas.

Marek Skała, "Psychologia zmiany. Rzecz dla wściekniętych". Marek zebrał w całość podstawowe przesłania kilku autorów, którzy w ostatnich latach mieli duży wpływ na biznes (Cialdini, Covey czy nawet Gray), zilustrowaną obrazkami Mleczki. Czyta się łatwo. Póki co przeskanowałam Covey'a i Cialdiniego, ale zerknęłam też na sam koniec książki, w rozdział o różnicach między mężczyznami a kobietami. I najbardziej podobał mi się fragment:

Dlaczego facet ogląda się za kobietami? Kobieta też się ogląda, i to częściej! Za kobietami, żeby porównać, i za facetam też, jeśli są atrakcyjni. Nie musi jednak przy tym kręcić głową. Facet musi, bo skanując świat, patrzy centralnie, stąd to obracanie głowy. Kobieta, patrząc obwodowo, dostrzega szczegóły wokół siebie bez wodzenia wzrokiem.
Pytałam dzisiaj programistów przy obiedzie, czy tak jest, ale nie umieli mi odpowiedzieć czy patrzą centralnie, a z kolei sejlsi spytali, jaki stuff tym razem wzięłam. No i nie wiem :(

I jedna książka do przeczytania. Wanda Półtawska, "Beskidzkie rekolekcje", jak uda się od kogoś pożyczyć. Początkowo kolejna książka wspominkowa o JP2 jakoś niespecjalnie mnie zainteresowała. Ale trzeba przyznać, że Gazeta, chcąc podgrzać atmosferę wokół publikacji, zrobiła swoje. Długie Polek na gadulcu rozmowy, i z agĄ, i z Elą, aby móc zrozumieć, o co w ogóle chodzi. Ona była zakochana w papieżu, pisze agA. Fenomenu tej przyjaźni nie można zrozumieć, nie odwołując się do wiary, która ich łączyła, pisze Ela. Coraz bardziej zaczynam myśleć, że mogła to być relacja podobna do tej Jordana z Saksonii i Dianę Andalo - głęboka, dojrzała przyjaźń i nawet jeśli podszyta miłością, to znająca swoje granice i respektująca decyzje obu ze stron. "Tygodnik", jak zwykle, dyskretny - nie próbuje nadmiernie wnikać w szczegóły relacji Półtawskiej i Wojtyły, a za to proponuje wędrówkę w ich Beskidy. Strach tylko pomyśleć, co się może zacząć dziać w tamtym miejscu. Wytyczą ścieżkę śladami JP2, postawią pięć pomników i dwa kościoły, a wodę ze strumienia ogłoszą cudowną. Ratunku! W każdym razie książka zapowiada się na tegoroczny katolicki bestseller.

Drugą nie mniej dyskutowaną jest książka o. Ksawerego Knotza, "Seks jakiego nie znacie". Tej też jestem ciekawa, bo sporo się o niej pisze, a zdania są podzielone.

Ale póki co, stosik czeka...

poniedziałek, 29 czerwiec 2009

Spowolnienie

Jak się okazało, moje ciągłe zmęczenie, niewyspanie, brak koncentracji i zawieszki, miały ściśle chemiczne źródło. Niby jeden mały pierwiastek. A taki ma wpływ. Biorę grzecznie leki, stosuję się do zaleceń lekarza w sprawie diety. Kilka popołudni przespałam jak kamień - sen po powrocie z pracy, wstanie na krótki moment, aby się znowu położyć spać, noc przespana jednym ciągiem. Po paru dniach czuję się znacznie lepiej, pomijając sobotni ból głowy wywołany zmianą pogody.

Życie towarzyskie z tego powodu prawie zamarło. We wtorek był u mnie Tomek - posiedzieliśmy, pogadaliśmy głównie o sprawach zawodowych (ale też popodziwiałam Tomkowego ajfona), objedliśmy się lodami. W niedzielę pozdrowienia od drugiego Tomka, z Bieszczad (komu dobrze). Wieczorkiem piwo z Benkiem i MS - wesołe towarzystwo zwinęło się do domów dopiero po 23.00. Poza tym pewien brązowooki pan mi się ostatnio dość uważnie przygląda i stara się bywać w tym samym miejscu o tej samej porze, co ja. Jednak, jak mawia w-n, "dopóki facet nie będzie leżał na wycieraczce z bukietem róż w zębach" (czyli: facet, któremu naprawdę zależy, zawsze znajdzie sposób), nie ma sensu bliżej się tym interesować. Trzeba jednak przyznać, że takie spojrzenia miłe są, oj miłe :)

Doktorat też pisze się wolniej. Miałam oddać trzeci rozdział w połowie czerwca, ale zrobię to miesiąc później, brakuje mi jeszcze 1/4. A do tego co chwila znajduję coś nowego i ciągle dopisuję, przerabiam i uzupełniam. Motywuje mnie to, że jak oddam ten rozdział, to już będzie z górki - dwa ostatnie będą zdecydowanie najłatwiejsze do napisania. I dobrze, bo z rozprawy zrobiła się już kłoda, która leży na drodze i przeszkadza iść dalej albo zajmować się czymkolwiek innym.

Przeczytałam ostatnio też parę ciekawych książek, ale na ich temat napiszę osobną notkę.

sobota, 27 czerwiec 2009

Przedmioty

Powoli wyprowadzam się z domu rodzinnego. Czasem przywożę rzeczy w walizce sama, czasem większy transport zabierają znajomi. Ostatnio przyjechało z nimi kilka kartonów. Wzięłam się za rozpakowywanie. Każda wyciągnięta rzecz, pieczołowicie zapakowana przez tatę, przenosiła mnie w inny obszar czasu, w inny wymiar mojego życia...

Niebieskie ozdobne szkło. Zaczęłam je zbierać jakoś pod koniec studiów, wymyśliłam sobie, że w swoim domu będę miała jedno pomieszczenie z niebieskimi akcentami. To miał być pokój. Jak wiadomo z praktyki, stanęło na kuchni, która ma jednak parapet na tego typu rzeczy. Niebieskie szkło stoi właśnie tam.

Komplet białych porcelitowych talerzy z niebieskim wzorkiem. Kiedy Ikea była jeszcze w Gdańsku-Oliwie, czyli blisko akademików na Polankach, często tam z koleżankami zaglądałyśmy. Komplety w jakiejś bardzo promocyjnej cenie, nie pamiętam już po ile, zrobiły furorę w akademiku. Były tanie (nie szkoda było, jeśli się coś stłukło), praktyczne, i zawierały to, co trzeba (po cztery talerze płaskie, głębokie, kubki i małe talerzyki). Przyjechał też komplet ręcznie malowanych talerzy, od Benek, otrzymany podczas imprezy pożegnalnej w akademiku. Osiem lat czekały na moment, w którym będę miała swoje mieszkanie.

Obrazki rysowane przez Kasię. Kasia robiła mniej więcej to, co teraz robię ja, czyli chodziła na warsztaty psychologiczne i rozwijała twórczość własną. Dostałam od niej "drzewko wesołych myśli" jako lekarstwo na moje narzekanie i pomarańczową, bardzo energetyczną różę. Rozwijała, rozwijała i jak rozwinęła! U nikogo innego ze znajomych nie widziałam tak ładnie pomalowanego pokoiku dziecka, w różne zwierzaki, ptaki, i owady, a wszystko to w dobrze zestawionych kolorach. Ani za buro, ani za pastelowo - po prostu w sam raz.

Miśki kurzołapy. Bardzo dawny znajomy kupował mi ich dużo w prezencie. Po zmianie planów miśki zostały jednak oddane na loterię parafialną. Były w całkiem dobrym stanie, w przeciwieństwie do kilku małych kurzołapów z dzieciństwa - miśka od syna sąsiadów otrzymanego na 6. urodziny, trzech piesków od ciotki i koleżanek. Te postanowiłam zachować. Pamiątek po byłych jakoś nie zbieram. Ale największy kurzołap nie wiedzieć czemu ocalał w jednej z szafek. Mama została poproszona, aby dołączyć go do gadżetów na tegoroczną loterię. Tata, nie wiedząc o tym, miśka spakował, razem z małymi kurzołapami, do wywózki do Warszawy. Tym sposobem duży kurzołap zajmuje teraz jedno z krzesełek w pokoju. A następna loteria u dominikanów dopiero za rok, aaaaa...

Szklana cukierniczka. Prezent od jednej z Babć. Napędziła nam kiedyś niezłego stracha, gdy któregoś wieczoru łyżeczka sama z niej wyskoczyła i upadła na podłogę. Mama przypuszczała nawet, że Babci, przebywającej z wizytą u siostry, coś mogło się stać. Mój tato upierał się jednak, że przyczyna musi być czysto naukowa, nie paranormalna. I tak długo szukał, dopóki nie znalazł winowajcy: ogromnego konika polnego, który przycupnął na moim plecaku...

Kieliszki do wina. Pięć, gdyż szósty został stłuczony. Pamiątka po Dziadkach z Nowego Miasta Lubawskiego. Do tych kieliszków Dziadek rozlewał wino własnej roboty, zazwyczaj robione z dzikiej róży, i dawał je do picia dorosłym oraz - w niewielkich ilościach - młodzieży (uraczenie winem przez Dziadka było symbolem awansu do tej grupy). Z tych kieliszków rozpijaliśmy ostatnie wino, znalezione w piwnicy po pogrzebie Babci. W przeciwieństwie do innych pijących, kuzynka M. poczuła się po nim niedobrze, czego powodem była pewna mała dziewczynka, mieszkająca w jej brzuchu. Coś się właśnie skończyło, ale coś się zaczynało...

Zdjęcie w antyramach. Skoro już w temacie Nowego Miasta. Zdjęcie, kupione od miejscowego fotografa, który poza zdjęciami okolicznościowymi, wałęsał się czasem po okolicy i fotografował krajobraz. Na zdjęciu panorama miasta w świetle przedpołudniowego słońca, to musi być upalny sierpień, początek lat 90. Kraj dzieciństwa. To tam, u Dziadków, spędzało się wakacje czy wpadało się z krótką wizytą z okazji urodzin lub imienin. Zapach rzeki, orzeźwiający chłód starego ogrodu, huśtawka z kawałka plastikowej rury, poniemiecki napis na drzwiach domu, rozległe krajobrazy, mały krótki pociąg jeżdżący z Iławy... Próbowałam to zatrzymać, zbierając liczne lokalne publikacje, robiąc niezliczone ilości zdjęć. Zrozumieć i opisać istotę sennej atmosfery miasteczka, podobnie jak Pamuk szukał najlepszych słów do opisu stambulskiego huzun. Jeszcze nie wiem, czy mi się to udało.

Kaszubskie anioły. Z mojego trójmiejskiego stowarzyszenia, poza listą dyskusyjną, nic nie przetrwało. Zbyt dużo planowaliśmy i zbyt dużo oczekiwaliśmy od siebie, aby być w stanie zrealizować jakiś prosty plan. Rozjechała się też - z różnych dziwnych powodów - współpraca międzyludzka. Świetnie wychodziły nam za to imprezy okolicznościowe. Anioły są pamiątką po jednej z nich.

Zdjęcie dwóch kozic. "Jest nas już dwoje!", wydaje się mówić, "Koziczka znalazła swojego Koziczka!". Przypomina inne zdjęcie, wykonane przeze mnie zaledwie parę miesięcy wcześniej, przy zejściu z Gubałówki. I myśl, która pojawia się podczas tego wyjazdu, trochę wcześniej. "Kurczę, byliby naprawdę świetną parą. Mają podobne poczucie humoru, podobny sposób żartowania, podobne temperamenty, podobne zainteresowania, lubią ze sobą rozmawiać, przyjaźnią się i czują się dobrze w swoim towarzystwie. Gdyby tylko oni sami to w sobie zobaczyli"... Czy muszę mówić, że tak się wkrótce stało?

Król Sielaw. Nagrodą za tekst w lokalnym dodatku "GW", który wygrał konkurs, był tygodniowy pobyt w Hotelu Gołębiewski w Mikołajkach. Pojechałam tam z mamą w ramach mojego pierwszego urlopu, we wrześniu 2002. Rytm hotelowych posiłków - zajadałam się zwłaszcza pysznymi musami w różnych smakach - wyznaczał rytm dnia. Poza basenem (nawet dwa razy dziennie) i spacerami po pustoszejącym miasteczku, a wieczorami - książkami (ja) i telewizją (mama) nie robiłyśmy nic. Chciałam kupić jakąś lokalną pamiątkę z tego pobytu. Nie było prawie żadnych, poza kiczowatymi figurkami Króla Sielaw. Wybrałyśmy najbardziej paskudnego, ceramicznego, polakierowanego tęczową emalią, mając przy tym mnóstwo zabawy. Stoi teraz między aniołami na półce w kuchni.

piątek, 26 czerwiec 2009

Chmury

Sam nie rozumiem swojej pasji do fotografowania chmur, a raczej do ich uważnego badania. Cóż to za formy, które dopiero na fotografii nabierają ciężaru i twardości, bo na niebie rozlewają się jak plama benzyny o wiecznie wędrujących brzegach. Atmosferyczny test Rorschacha, codziennie aranżowany dla nas przez Najwyższego? Odcisk białego palca na niewidzialnej szybie, która nas odgradza od śmierci? Linie papilarne chłodnego wiatru?
Stefan Chwin, Dziennik dla dorosłych






Obserwowanie chmur to moje ulubione zajęcie, już od dzieciństwa. Najpierw wyglądałam na nie przez okna rodzinnego domu. Na delikatnoróżowe chmury wschodzącego słońca i wrzosowe chmury zachodu. Granatowe chmury zimy, niosące kolejne opady śniegu i ciężkie burzowe chmury lata. Kłębiaste cumulusy rosnące wysoko w górę w pogodne letnie dni. Mgły i szare niskie chmury jesieni oraz schyłku zimy. Potem przez wiele lat chmur nie widziałam. Nie sprzyjały ich obserwacji stłoczone jeden przy drugim budynki akademików czy kolejne stancje, gdzie przez okna było widać zazwyczaj przeciwległe budynki i drzewa.

Teraz mam trzy okna, a za nimi wielki kawał nieba. Mieszkanie z widokiem na chmury. Czy można było to sobie wymyślić inaczej?

czwartek, 25 czerwiec 2009

"Nikogo nie ma w domu!"

Wszystko przez dyrektora ajti-oazę-spokoju, którego matrix tak pochłonął, że pan dyrektor nie wie, co dzieje się na Bożym świecie. Nie wie, co wyrabiają jego podopieczni. Zwłaszcza w odległych częściach igloo, które zostały przez nich tłumnie opanowane. Do rzeczy. Jeden z podwładnych oazy myślał, że do drzwi dzwoni jedna z koleżanek, więc otworzył drzwi swoją kartą, uchylił je, wrzasnął "nikogo nie ma w domu!", po czym je zatrzasnął. Okazało się jednak, że pod drzwiami stała klientka, która właśnie przyszła na spotkanie do działu korpo...

Tymczasem w dziale biznesdewelopmentu panuje plaża, gdyż po wielu dniach na nieboskłonie objawiło się słońce, które przez pierwsze pół dnia świeci przez szklaną klatkę. Dział biznesdewelopmentu powinien chyba zacząć smarować się opalaczem i przychodzić do pracy w bikini, a wczasy w ciepłych krajach nie będą już potrzebne. Na szczęście klapy szklanej klatki naprawiono i udało się wytworzyć świeży i orzeźwiający powiew (pod warunkiem, że w piwnicy igloo akurat nie są naprawiane kratki kanalizacyjne). Dział biznesdewelopmentu musiał się jednak przykuć do biurka, aby nie odfrunąć razem z przeciągiem, mówiąc wszystkim dowidzeeniaaa.... Równie niebezpieczne są wiatraki, które włączają sejlsi, a także spidery przynoszone przez programistów ("gdzie mnie ciągniesz, paskudo?").

Z nieznanych wojaży powrócił też czarno-biały przyjaciel dyrektora sejlsmena, który nie tylko siada i patrzy na niego czułym i małodobrokoleżeńskim spojrzeniem. Zgodnie z prawami rozwoju relacji wszelakich, opisanymi już w "Małym księciu", postanowił zacieśnić znajomość i podchodzi coraz bliżej. Niestety, przeszkadza w tym jak zawsze czujna kontrolajakości, która goni go jednym donośnym "psik!".

Kierownik ajti-okocim-spojrzeniu rekrutuje. Programiści mają nadzieję na nową koleżankę, gdyż na razie oczekiwania ajti-okocimia najbardziej spełnia pewna młoda, piękna i inteligentna, panna programistka. Niektórzy, którzy ją widzieli, mają nawet bardzo dużą nadzieję, bo już próbują wyprosić u ajti-okocimia możliwość przenosin do jego chłodnej i przytulnej jamy na tyłach parteru...

wtorek, 23 czerwiec 2009

Katalog rozbieżności

W mocno zmaskulinizowanej fabryce zaczyna się większą uwagę zwracać na damsko-męskie różnice. Wiele rzeczy, które do tej pory wydawały mi się oczywiste, okazują wcale nie być się oczywiste. I jak się poszuka w innych sferach życia i w historiach zasłyszanych od znajomych, to nagle się okazuje, że połowa istot, którą ma się wokół siebie, naprawdę przybyła chyba z innej planety. Oto parę przykładów rozbieżności.

Opowiadanie o problemach. W świecie żeńskim radzenie sobie z problemem polega na opowiadaniu o nim bliskim osobom. Dyskutując, człowiek wyzbywa się negatywnych emocji, może odsapnąć, zasięgnąć rady, a potem znowu zabrać się do rozwiązywania. W świecie męskim opowiadanie o problemach jest oznaką słabości i bezradności. Problem się najpierw rozwiązuje, a potem opowiada się innym, jak to cudownie udało się go rozwiązać.

Przyznawanie się do błędów. W świecie żeńskim przyznawanie się do błędów, zauważanie własnej winy i przepraszanie przychodzi łatwo, skoro jest się nastawionym na współpracę, a nie na konflikt. W świecie męskim, nawet jeśli nie ma się racji, dyskutuje się długo i do upadłego i a) przedstawia się argumenty z kosmosu, aby ją udowodnić b) powołuje się na pomroczność jasną c) wmawia się, że problem jest tylko po tej drugiej stronie. Pamiętacie, jak przychodzi baba do lekarza z żabą na głowie i żaba twierdzi, że to jej się coś do d*** przykleiło? No, właśnie.
Słowo przepraszam nie przechodzi już przez gardło, tak samo jak wzięcie odpowiedzialności za to, co się zrobiło.

Rywalizacja. W świecie żeńskim raczej się współpracuje, mediuje, szuka porozumienia. W świecie męskim się rywalizuje i musi się wygrywać (rywalizacja przejawia się raczej w obrażaniu się na lepsze koleżanki). Pamiętam, jak nie mogłam w dzieciństwie zrozumieć, dlaczego syn sąsiadów w bitwie żołnierzykami zawsze chciał wygrywać. Dla mnie było to nudne. W osłupienie wprawili mnie też dwaj moi koledzy, z których każdy osobno nie przejawia tendencji do popisów. Wystarczyło ich jednak zestawić ze sobą...

Wyrażanie sympatii. W świecie żeńskim przyjaźń polega między innymi na trosce o potrzeby drugiej osoby. Mówisz koleżance, że boli cię głowa, a ona już biegnie do ciebie z paczką tabletek. Polega też na dzieleniu się tym, co się posiada - wiedzą, czasem, a nawet jedzeniem. W świecie męskim zdaje się jest to odbierane jako zbytnie staranie się i zbytnie pokazywanie, że ci zależy.

Testowanie własnej atrakcyjności. W świecie męskim testuje się własną atrakcyjność na kobietach tylko po to, aby ją po raz kolejny sprawdzić i sobie udowodnić. Przypadek pana, który na gadu flirtuje z różnymi paniami a z żadną nie może się dziwnym trafem spotkać, to jest właśnie ten przypadek. Tak samo, jak zajęci panowie, którzy tkwią w problematycznych związkach i zaczepiają wszystko, co się rusza, a na drzewa nie ucieka, byleby dodać sobie wartości (a ze związku bynajmniej odchodzić nie zamierzają). W świecie żeńskim jest to zdecydowanie rzadsze postępowanie - jako mało praktyczne, zbyt czasochłonne i zbyt angażujące.

Lęk przed utratą niezależności. W świecie męskim związek z kobietą jest często odbierany jako zagrożenie. Pan, pytany o szczegóły, nie wie jednak, dlaczego mu to zagraża. Po prostu się boi. W świecie żeńskim związek z mężczyzną jest postrzegany jako dodatkowe źródło wsparcia i ochrony przed zagrożeniami. W końcu co dwie głowy, to nie jedna.

Komunikacja niewerbalna. W świecie żeńskim na równych prawach traktuje się to, co powiedziane i to, co niepowiedziane. Jeśli coś jest powiedziane, a komunikacja niewerbalna wskazuje coś zupełnie innego, przyjmuje się to, co wynika z komunikacji niewerbalnej (dlatego, że rzadko kto potrafi ją świadomie sfałszować). W świecie męskim komunikacji niewerbalnej się nie dostrzega lub też twierdzi się, że głupie baby za dużo sobie wyobrażają.

Ktoś chciałby uzupełnić tę listę?

niedziela, 21 czerwiec 2009

Życie innych

Bieganie po lekarzach, załatwianie okresowych badań i spraw zaległych. Nie lubię, ale kiedyś trzeba. Na szczęście z ubezpieczeniem medycznym jest to dość łatwe, mamy dostęp do dobrych przychodni. Tylko lekarze jakoś tak mało nastawieni na kontakt z drugim człowiekiem. Ci z NFZ są bardziej przyzwyczajeni do ucinania sobie pogawędek.

Spotkania z ludźmi. W piątek wino z Tomkiem, gadamy o muzyce, o różnicach w podejściu kobiecym i męskim, o kredytach mieszkaniowych i robieniu stron internetowych. W sobotę dalej lekarze, a w przerwach większe zakupy w supermarkecie i mniejsze na bazarku. Wykopuję uschnięte iglaki z donic balkonowych. Jednak zmienia mi się koncepcja i postanawiam nie wsadzać na ich miejsce świeżo kupionych roślinek, tylko umieścić je w większych doniczkach na podłodze. Stare iglaki niech dożyją swojego czasu w donicy, potem wywali się ziemię, a w donicy zrobi się półkę z listewek i umieści się na niej doniczki, tak jak to zrobili sąsiedzi z dołu.

Przy okazji podglądam życie innych sąsiadów z dołu. Po przekątnej mieszkają starsi państwo, gdzieś koło siedemdziesiątki. Ich balkon jest oszklony, zrobili sobie z niego coś w rodzaju werandy, w której stoją dwa wygodne fotele, stolik i stoliczek z radiem. Czasami siedzi tylko ona i czyta jakąś gazetę. Czasami czytają gazety we dwójkę, ona i on. Gdzieś blisko przy nim zazwyczaj leży komórka. Często towarzyszy im kot, który śpi na serwecie na dużym stole. Kogoś mi przypominają...

Wieczorem w sobotę wpada MS na babskie ploteczki przy winku. Co się nasłuchałam o pannach z korporacji, zarabiających dużą kasę, mających duże problemy z poukładaniem sobie życia osobistego i biegających po różnych szemranych wróżkach i wróżach. Oficjalna religia (którakolwiek) straciła dla nich znaczenie, ale głód duchowości i zarazem lęk o przyszłość jest tak wielki, że są w stanie wydawać kasę na kogoś, kto roztoczy przed nimi miraż przyszłego szczęścia. Dużą kasę. Większą niż psychoterapia u dobrego terapeuty. Oczywiście wróżka potrafi odpowiednio nastraszyć i w ten sposób uzależnić od siebie klienta (sama zobaczyłam, jak ten mechanizm działa w przypadku babki z panieńskiego mojej byłej szefowej). Włos się na głowie jeży.

czwartek, 18 czerwiec 2009

Książkowo

W pociągu do Berlina najnowsza książka Pamuka, "Stambuł. Wspomnienia i miasto". Opowieść pisarza o jego rodzinnym mieście, zbudowana z jego własnych wspomnień, europejskiej literatury podróżniczej, lokalnych wydawnictw porządkujących wiedzy o mieście (na przykład encyklopedii, którą zaczytywała się rodzina Pamuków) czy lokalnej prasy. Do tego bogaty materiał ilustratorski - ryciny i fotografie. Pamuk próbuje też zdefiniować istotę miasta, którą dla niego jest huzun (obydwa u z dwoma kropeczkami - nie mam tego znaku na mojej klawiaturze) - rodzaj ni to smutku, ni to tęsknoty, ni to melancholii, odczuwanej przez mieszkańców miasta na widok resztek jego dawnej otomańskiej świetności.

Teraz Stefan Chwin i "Dziennik dla dorosłych", czyli luźne zapiski pisarza, fragmenty jego korespondencji i felietonów, dokumentujące najważniejsze kwestie społeczne kilku ostatnich lat. Czasem pomysły tak absurdalne, jak te z fabrycznych obiadowych rozmów w kuchni. Czasem całkiem przytomne choć kontrowersyjne spojrzenie na sprawę - na przykład stwierdzenie, że wypędzenia były też szansą dla wypędzanych na lepsze życie - dla Polaków w Polsce, która cieszyła się większymi swobodami niż byłe republiki radzieckie, dla Niemców w Niemczech, gdzie w porównaniu z naszym krajem panował dobrobyt.

Przy okazji zapisałam się do biblioteki (jeden z luksusów stałego meldunku). Znalazłam stronę bibliotek mokotowskich, gdzie podane są poszczególne oddziały wraz z liczbami woluminów. Wybrałam oddział posiadający największą liczbę książek. Jak się okazało, jest w połowie drogi między Fabryką a domem. Poszłam zweryfikować informacje zaraz po pracy. Okazało się, że mają dużo literatury pięknej i dużą liczbę nowości (i jeszcze spotkałam fabrycznego kolegę, który też tam jest zapisany i bardzo sobie chwali). Pożyczyłam "Austerlitz" W. G. Sebalda i dla rozrywki nową książkę Marshy Mehran, "Woda różana i chleb na sodzie".

poniedziałek, 15 czerwiec 2009

Szymon Hołownia promuje koncert Madonny?

Spekulacje, że data sierpniowego koncertu Madonny w Polsce - 15 sierpnia - została wybrana nieprzypadkowo i że organizatorzy bardzo liczą na szum i protesty ze strony zagorzałych obrońców katolicyzmu, pojawiły się już dawno. Standard. W zeszłym roku mieliśmy kampanię pewnej firmy odzieżowej, która liczyła dokładnie na to samo. Dodatkowy medialny szum ze strony protestujących organizacji katolickich. Podczas, gdy najlepiej byłoby im tego szumu odmówić. Niech się męczą prowadząc standardowe działania promocyjne: wysyłając informacje prasowe oraz organizując spotkania dla prasy i niech potem męczą dziennikarzy o każdą publikację. Dlaczego my, katolicy, mamy im w jakikolwiek sposób ułatwiać sprawę?

No i otwieram ja sobie dzisiaj moją maszynkę i patrzę, co ciekawego pojawiło się w mediach. Mój ulubiony dziennikarz, Szymon Hołownia, rozpacza nad terminem koncertu Madonny - tutaj link do streszczenia w Dzienniku , na razie nie mam dostępu do oryginału w Newsweeku. Tia. Przypuszczam, że teraz sporo osób chętnie pójdzie na koncert chociażby dlatego, że będzie to miało posmak czegoś zakazanego i będzie szeroko oprotestowane przez przebrzydły ciemnogród (teoria reaktancji z psychologii się tutaj kłania). Wizerunek Polaka-ciemnego-katolika jeszcze bardziej się ugruntuje. Brawo!

PS. Dla skomplikowania sytuacji: jednym z patronów medialnych koncertu jest nie kto inny, tylko stacja TVN...